Kolejny dzień rozpoczęłyśmy słodkim, acz skromnym śniadaniem - herbatniki z czekoladą i mleko. Po posiłku sprawnie przygotowałyśmy się do wyjścia, a następnie wyruszyłyśmy na przystanek. Byłam nieco zaskoczona, gdy zamiast klasycznego, miejskiego autobusu przyjechał po nas nowoczesny szkolny autokar. Jednakże szybko się przekonałam, że to dopiero początek niespodzianek w tym dniu.
W szkole spotkaliśmy się z resztą osób z wymiany i wspólnie weszliśmy do budynku, który już na wstępie wywarł na nas ogromne wrażenie. Wydawało mi się, że takie placówki znajdują się tylko w amerykańskich filmach - myliłam się. Nigdy sobie nawet nie wyobrażałam, że znajdę się w podobnym miejscu. "nasi" Hiszpanie oddali nas pod opiekę swojemu nauczycielowi, - Pepe, który jak się później okazało jest nadzwyczajnie pogodną i charyzmatyczną osobą (pomimo tego, że niewiele mówi po angielsku). Wraz z nim poszliśmy do budynku Marianistów, gdzie mieliśmy okazję dowiedzieć się kilku rzeczy na temat ich działalności. Następnie kilkoro uczniów oprowadziło nas po szkole, pokazując tysiące klas, boisk oraz innych obiektów. Zajęło nam to około godziny. Potem wróciliśmy do naszych partnerów z wymiany i wspólnie z nimi spędziliśmy półgodzinną przerwę, podczas której mogliśmy poznać wiele osób.

Po posiłku wspólnie z „naszymi" Hiszpanami poszliśmy zwiedzać zamek Aljferia. Droga ze szkoły była bardzo długa, jednakże tamtejsza młodzież nie lubi jeździć autobusami, toteż przebyliśmy ją pieszo. Na szczęście przed zwiedzaniem mieliśmy dużo wolnego czasu, który wykorzystaliśmy na wypoczynek i integrację. Wizytacja zamku odbyła się jedynie w polskim gronie, dzięki czemu choć przez chwilę mogliśmy rozkoszować się ciszą. Gdy skończyliśmy poszliśmy z Hiszpanami do kawiarni, gdzie siedzieliśmy do późnego wieczora. Ogólnie rzecz biorąc dzień opierał się na poznaniu naszych nowych przyjaciół.
We wtorek opuściłyśmy dom wcześnie, ponieważ tego dnia miała się odbyć wycieczka rowerowa. Przemierzając miasto na dwóch kółkach, starałyśmy się ustalić ile jest stopni, jednakże okazało się to niemożliwe, ze względu na to, że na każdym termometrze (na co drugim skrzyżowaniu takowy się znajdował) była inna temperatura (od 4 do 20 stopni). Dlatego też szybko zrezygnowałyśmy z tego zajęcia. Po 30 minutach drogi dojechaliśmy na miejsce spotkania z resztą grupy. Minęło kolejne pół godziny i wszyscy byliśmy gotowi do dalszej drogi. Jak się okazało Hiszpanie mają tragiczną kondycję, więc co 10 minut musieliśmy robić przerwy. Pierwszy dłuższy postój mieliśmy nad rzeką Ebro - największą w Saragossie. Następnie ruszyliśmy dalej i dojechaliśmy aż do oczyszczalni wody, którą zwiedzaliśmy z przewodnikiem. Wycieczka ta była dość interesującym doświadczeniem. Na koniec dojechaliśmy na plac zabaw, gdzie mogliśmy także odpocząć. Spędziliśmy tam około 2 godziny. Po wypoczynku pojechaliśmy do domów naszych Hiszpanów, aby się odświeżyć a następnie poszliśmy wszyscy razem do baru oglądać mecz. Było to ciekawe przeżycie, ponieważ Hiszpanie bardzo się zaangażowali w rozgrywkę na boisku, dzięki czemu mieliśmy dużo śmiechu.







Następnie aż do 18 zwiedzaliśmy miasto, a potem pojechaliśmy na plażę, gdzie mieliśmy całe 2 godziny wolnego. Było fantastycznie! Podziwiałyśmy Hiszpanów, którzy pomimo chłodu wody (mówili, że u nich jest zima), postanowili popływać w morzu. Około 20 pojechaliśmy zostawić nasze bagaże w szkole Marianistów, po czym poszliśmy „na miasto". W czasie naszego pobytu rozpoczynały się święta nazywane „Fallas". Polegały one na tym, że wszędzie puszczano petardy, co niesamowicie bawiło Hiszpanów (dla nas było nieco męczące). Do północy podziwialiśmy uroki Walencji, a następnie wróciliśmy do szkoły.


Sobota rozpoczęła się dość ponuro, bo w nocy było bardzo zimno, a ponadto przygnębiała nas myśl o powrocie do Polski. Szybko się jednak przekonaliśmy, że w towarzystwie Hiszpanów nie sposób się smucić, więc humory w krótkim czasie nam się poprawiły. Cały dzień spędziliśmy w okolicy muzeum nauk ścisłych oraz oceanarium. Każdy we własnym zakresie. Punktem programu był także film o podwodnym życiu, podczas którego wszyscy odsypiali dwie nieprzespane noce. Mieliśmy też dostęp do centrum handlowego, gdzie oczywiście przeznaczyłyśmy czas na zakupy. Wieczorem było nam bardzo trudno żegnać się z Hiszpanami (do Barcelony odwozili nas tylko „ci nasi", z wymiany). Z bólem serca dotarło do nas, że prawdopodobnie więcej ich nie spotkamy. W przypadku wielu osób nie obyło się bez łez. Strasznie się do nich przywiązaliśmy i nie chcieliśmy tak szybko kończyć naszej znajomości.
Po rozstaniu poszliśmy na kolację, a potem przyjechał po nas autokar, którym pojechaliśmy do Barcelony. Podróż przebiegała wyjątkowo cicho i czuliśmy, że czegoś nam brakuje.
Na lotnisku mieliśmy jeszcze dużo czasu do odlotu, spędzaliśmy ostatnie chwile w towarzystwie naszych przyjaciół, po czym nadszedł czas kolejnego rozstania. Dziwnym trafem nikomu nie spieszyło się do Polski.
Całkiem szczerze mogę nazwać wymianę najlepszą (jak dotychczas) przygodą w moim życiu. Z chęcią zamieszkałabym w Hiszpanii, nie tylko ze względu na klimat, ale głównie z uwagi na ludzi. Tam wszyscy są radośni i aż promienieje od nich optymizm. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się odwiedzić Saragossę oraz oczywiście z niecierpliwością czekam na maj - wtedy Hiszpanie przyjeżdżają do Polski. Każdemu polecam wyjazd na wymianę - niezapomniane wspomnienia gwarantowane!!
